Oglądasz tekstową wersję strony, która zużywa mniej danych. Zobacz pełną wersję tej strony ze wszystkimi zdjęciami i wideo.
Wojna z Ukrainą bliżej Rosjan po ataku na moskiewską rafinerię
- Autor, Steve Rosenberg
- Stanowisko, Redaktor ds. Rosji
- Relacja z, Moscow
- Data publikacji
- Czas czytania: 4 min
Są momenty, kiedy życie w Moskwie wydaje się całkowicie normalne. Czwartkowy poranek do nich nie należał.
W południowo-wschodniej części miasta rafineria ropy naftowej została trafiona podczas ukraińskiego ataku dronowego – nawet z daleka widok był surrealistyczny.
Gęsty dym unoszący się znad obiektu przyciemniał niebo.
Wisiał nad panoramą Moskwy jak ogromny czarny całun.
Równie niezwykła i przyciągająca uwagę była reakcja ludzi w pobliżu rafinerii.
Nie zwracając większej uwagi na ogromne kłęby dymu, nad brzegiem stawu siedział zapatrzony w wodę wędkarz, kontynuując łowienie.
Na placu zabaw dzieci huśtały się na huśtawkach.
Klienci szli na zakupy do supermarketu, jakby był to po prostu kolejny czwartek.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że moje poczucie tego, co w Moskwie jest normalne, a co nie, wymaga aktualizacji.
Przez długi czas wojna w Ukrainie wydawała się mieszkańcom rosyjskiej stolicy bardzo odległa, a wielu udawało, że w ogóle jej nie ma. Jednak obecnie, gdy linia frontu zbliża się do miasta, staje się to coraz trudniejsze.
W ciągu ostatniego półtora roku moskwianie budzili się z wiadomościami o zamordowanych w Moskwie generałach armii oraz o dronach atakujących stolicę.
W pewnym sensie to, co nienormalne, stało się już nową normalnością.
Czwartkowy atak był jednym z największych nalotów na region moskiewski od czasu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę.
Oprócz uszkodzeń rafinerii ropy naftowej trafione zostały także centra handlowe i budynki mieszkalne.
Według gubernatora obwodu moskiewskiego ośmioletnia dziewczynka zginęła w pożarze wywołanym przez uderzenie jednego z dronów.
„Nie jestem całkowicie zaskoczony tym, co się stało," mówi Sława, który mieszka w bloku naprzeciwko rafinerii. „Ale nie spodziewałem się tak dużego ataku."
„Słyszałem eksplozje i widziałem dużo dymu. To coś, co zwykle ogląda się w filmach. Widziałem to z okna mojego mieszkania."
Jednak inna mieszkanka, Nadieżda, nie dostrzega nic normalnego w tym, co się dzieje.
„Zajęło nam cztery lata, aby wygrać II wojnę światową, mimo że nasi żołnierze mieli mało jedzenia i wody," powiedziała mi. „Dziś mamy wszystkie potrzebne zasoby. A jednak ta wojna trwa. Jestem w szoku."
Jak rosyjskie władze odpowiadają ludziom takim jak Nadieżda, Rosjanom próbującym zrozumieć, dlaczego tak zwana „specjalna operacja wojskowa" Kremla trwa tak długo i jak to możliwe, że wojna dotarła do ich miasta?
Rosyjscy urzędnicy regularnie oskarżają Zachód o przedłużanie wojny w Ukrainie, obwiniając europejskich przywódców i NATO za wspieranie Kijowa.
Jednak w czwartek prezydent Władimir Putin nie powiedział nic na temat ataku dronów.
Wiadomości w rosyjskich kanałach telewizyjnych ledwo o nim wspomniały.
Kiedy rosyjskie gazety donosiły o sprawie następnego dnia, dostrzegłem wspólny wątek w ich relacjach: być może był to skoordynowany przekaz dla krajowego odbiorcy.
Można go streścić następująco: „Jakkolwiek źle jest u nas, Ukraina cierpi bardziej".
„Nasze ataki wyrządzają Ukrainie znacznie większe szkody niż Ukraina wyrządza nam," zadeklarowała ultraproputinowska „Komsomolskaja Prawda".
„Nasze uderzenia mające na celu demilitaryzację Ukrainy są znacznie silniejsze i skuteczniejsze niż ukraińskie ataki," napisał tabloid „Moskowskij Komsomolec".
Narracja była niemal identyczna w rządowej gazecie „Rossijskaja Gazieta": „Nasze ataki na przedsiębiorstwa zbrojeniowe pracujące dla armii ukraińskiej są znacznie silniejsze niż te, z którymi niestety muszą mierzyć się Rosjanie".
„Nasze uderzenia w ukraińską infrastrukturę powiązaną z kompleksem wojskowo-przemysłowym są znacznie skuteczniejsze i przynoszą więcej rezultatów," komentował dziennik gospodarczy „Kommersant".
Kiedy Kreml w końcu zareagował, przekaz był podobny.
„Powinniście szukać więcej materiałów wideo pochodzących z różnych miast Ukrainy," powiedział dziennikarzom rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow. „Nagrania pokazujące skutki uderzeń przeprowadzanych przez nasze siły zbrojne są imponujące. Te uderzenia będą kontynuowane."
Nie ma żadnych oznak, by ukraińskie ataki dronowe na rosyjskie miasta skłoniły Putina do refleksji.
Z jego ostatnich przemówień i wypowiedzi wynika, że przywódca Kremla wydaje się zdeterminowany, by kontynuować rosyjski atak na Ukrainę przekonany, że w tej wojnie na wyniszczenie jego kraj odniesie zwycięstwo.
Są jednak oznaki, że dalekosiężne ukraińskie uderzenia – szczególnie na rosyjskie obiekty naftowe – zwiększają presję na rosyjską gospodarkę.
W niektórych częściach kraju odnotowano niedobory benzyny i miało miejsce jej racjonowanie, a ceny na stacjach paliw rosną.
W tym, co stało się nową normalnością, Moskwa spodziewa się kolejnych ataków dronów.
„Ukraiński atak na region moskiewski 18 czerwca nie będzie ostatnim atakiem, ani nawet jednym z ostatnich," przewidywał „Moskowskij Komsomolec".
„Nic nie możemy na to poradzić," powiedziała mi w ubiegły czwartek jedna z kobiet, patrząc na kłęby dymu. „To nasz rząd musi zdecydować, co zrobić. My możemy tylko patrzeć."
Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, jako część projektu pilotażowego.
Edycja: Magdalena Mis